W dniach od 10 do 23 lipca młodzież ze Wspólnoty Młodzieży Pijarskiej działającej przy naszej parafii oraz młodzież z Samorządowego Gimnazjum w Bolszewie uczestniczyła w obozie - rekolekcjowakacjach w Bieszczadach.

10 lipca 2008 - WSIĄŚĆ DO POCIĄGU

Godzina 18.30 – zbieramy się na dworcu w Gdyni Głównej, stąd wyruszamy na naszą prawie dwutygodniową letnią przygodę w Bieszczady. Plecaki i torby wyładowane po brzegi, taki radosny ciężar uświadamiający nam, że zaczynamy nasz obóz. 41 roześmianych uczniowskich twarzy, a z nimi czworo wychowawców: Panie Doda, Szyszka i Gabinka oraz Pan Profesor Dawid to nasza pijarska grupa z bolszewskiego gimnazjum. Na razie bez ojca Toma, ale już w nocy złapie nasz pociąg w Krakowie i będziemy wszyscy w komplecie. A więc w drogę. Przed nami pierwsza próba – 16 godzin spędzonych w pociągu. Oczywiście to nie może zepsuć nam nastroju. Ważne, że jesteśmy razem, a razem zawsze raźniej i radośniej.

11 lipca 2008 - POLANA WITA

Jeśli chcecie znaleźć miejsce, które się wydaje końcem świata, wystarczy przyjechać do Polany: kilka domów, polne drogi, mostek prowadzący przez strumyk, wiejski kościółek z Domem Młodzieżowym im. św. Jana Bosko, w którym zostaliśmy zakwaterowani i dwa sklepy, przeżywające w czasie naszego pobytu oblężenie. Miejsce wymarzone na to, by uciec przed zgiełkiem codzienności, poczuć bliskość natury i odczuć jak daleko jesteśmy od cywilizacji. Jedno jest pewne, stąd wszędzie jest daleko, ale choć bywa to uciążliwe, można sobie z tym poradzić, a najważniejszy jest optymizm i radość od samego początku. Zdziwione twarze miejscowych, kiedy przyglądali się nam podczas naszego pierwszego spaceru po okolicy, świadczą o tym, że ta mała społeczność raczej nie przywykła do gości. I choć my sami przyzwyczailiśmy się na co dzień do komputerów i telewizji, to bycie na „końcu świata” ma swój urok. Oczywiście tylko pod warunkiem, że na takim pustkowiu znajdą się osoby, które lubią i szanują się nawzajem, a do tego wspólnie chcą stworzyć i przeżyć coś dobrego, wartościowego, co zapisze się nie tylko pięknym wspomnieniem, ale również pozostawi trwały ślad w naszych sercach i umysłach.

Zaczęło się od przydzielenia pokoi i podzielenia nas na cztery grupy, w ramach których będziemy później pracować pod okiem naszych wychowawców. I choć są to momenty, które na każdym wyjeździe budzą wiele emocji, a często nawet sporów i protestów, tutaj obyło się bez licytacji i kłótni, a więc zapowiada się całkiem nieźle. Może uda nam się z tego stworzyć coś dobrego, zdaje się, że okazji ku temu będzie wiele. Wspólne wędrówki, posiłki, msze święte, zabawy i gry, rywalizacja, a jednocześnie współpraca – wszystko, co czeka nas podczas tego obozu okaże się sprawdzianem dla nas samych. Powodzenia!!!

12 lipca 2008 - OTRYT, CZYLI PIERWSZE POTY ZA PŁOTY




Pierwsza noc w Polanie za nami, a zatem na dobre zaczął się nasz obóz. Obudziło nas słońce, za oknem upał. A kiedy już podnieśliśmy zaspane głowy z poduszek, zaczął się pościg do łazienki – według starej dobrej zasady – kto pierwszy, ten lepszy. Po szybkiej toalecie modlitwa i wspólne śniadanie, a po nim ogłoszenia i „cudowna” wiadomość dla wszystkich owieczek: idziemy na szlak. Wychowawcy postanowili przegonić nas w tym upale szlakiem prowadzącym na Otryt i sprawdzić nasze możliwości. Komu się chce łazić z plecakiem, kiedy pot spływa po plecach i czole. Cóż z tego, kiedy za plecami krzyk: „Tempo, tempo…” i tak przez cały tydzień. Trzeba było iść. A jednak mimo zmęczenia i gorąca było radośnie i wciąż na szlaku rozlegał się czyjś śmiech, czasem zza krzaka wyskoczył jakiś paparazzi, żeby uwiecznić nas na zdjęciu, a podczas postoju o. Tomasz nagrywał nasze wrażenia, żebyśmy mogli później zobaczyć nasze czerwone, zmęczone buzie, natomiast u niektórych niezbyt wyraźne miny. Jakoś dotarliśmy, ale na końcu kolejna niespodzianka – w schronisku, do którego zmierzaliśmy, nie było nic i gdyby nie woda, którą czerpaliśmy ze źródełka w lesie, uschlibyśmy tam. Natura przyszła z pomocą. Zeszliśmy ze szlaku w Lutowiskach i stamtąd zmęczeni wracaliśmy busami do Polany.

Na koniec dnia uczestniczyliśmy we wspólnej adoracji, podczas której każdy, kto tego potrzebował, przystąpił do sakramentu spowiedzi, byśmy wszyscy mogli w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Wspólny śpiew pełen radości i uwielbienia Boga pomagał nam mocniej i lepiej przeżywać Eucharystię, łączył naszą wspólnotę. Msza święta, modlitwy i śpiewy religijne mają stanowić ważny element naszego wyjazdu.

13 lipca 2008 - W JEZIORKU JAK GĄSKI BALBINKI




Niedziela i upał od rana. Na szczęście dziś nikt nie wygania nas na szlak. Po mszy świętej uczymy się poloneza, śpiewając pieśń uwielbienia: „Panu naszemu pieśni grajcie, wysławiajcie Jego święte imię…Alleluja”. Tanecznym krokiem wychodzimy z kościoła: raz, dwa, trzy i ukłon… Miejscowi księża przyglądają się nam z uśmiechem, kiedy rządkiem ćwiczymy poloneza przed naszym ośrodkiem pod okiem Pani Szyszki. Po tej lekcji pojawiło się kilka odcisków i zdeptanych stóp, ale nóg nikt nie połamał. Polonez przyda się na studniówkę, a może nawet wcześniej.

Po obiedzie poszliśmy nad jezioro, godzinny spacer rozgrzanym asfaltem można by zaliczyć do sportów jeśli nie ekstremalnych, to przynajmniej uciążliwych, ale im większy wysiłek włożony w drogę, tym większa radość na jej końcu. Kiedy już dotarliśmy nad Jezioro Solińskie, mogliśmy się orzeźwić, grając w piłkę w wodzie, ochlapując się nawzajem, pływając. Niektóre dziewczęta wystartowały na plażę niczym ratowniczki ze słonecznego patrolu, chłopcy wrzucali do wody swe ofiary, oblewali wodą wychowawców. Niedziela została uwielbiona naszą radością i dobrą zabawą.

14 lipca 2008 - „…TYLKO WE LWOWIE”





Godzina 3.30 POBUDKA!!!!!!!!!!! Jeśli by brać pod uwagę porę wstawania, dziś przeżyliśmy najbardziej ekstremalny dzień tego obozu, a to dopiero początek. Wyrwani ze snu w środku nocy po ekspresowej toalecie (którą trudno by nazwać poranną, zwarzywszy na godzinę) zebraliśmy się w stołówce na śniadaniu, a o godzinie 4.30 wyruszyliśmy w bardzo długą podróż do Lwowa. Część drogi udało się przespać, ale na granicy zaczęły się emocje. Aśce i Angelice tak spodobały się czapki ukraińskich pograniczników, że nie mogły oprzeć się gwałtownej potrzebie wykonania im pięknych portretówek. Niestety strażnikom mniej spodobał się ten pomysł i gdyby nie szybka interwencja pana z naszego biura podróży, być może w ogóle nie odzyskałyby już aparatów. Na szczęście skończyło się dobrze i mogliśmy spokojnie opuścić przejście graniczne w Krościenku.

We Lwowie dosiadł się do nas Pan Tadeusz, nasz przewodnik. Opowiadał nam szczegółowo o wszystkich zabytkach, które mijaliśmy, jadąc autokarem – większość z nich znajdowała się „na ljewo”, ale czasem udało się też zobaczyć coś „na prawo”. Pan Tadeusz był na tyle charakterystyczną postacią, że bez problemu skupił na sobie naszą uwagę.

Na początek pojechaliśmy na Wysoki Zamek, z którego ruin mogliśmy oglądać panoramę całego miasta. Następnie odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski, na którym zostało pochowanych wielu wybitnych Polaków, w większości artystów, pisarzy. Pan Tadeusz zatrzymywał się z nami przy ich grobach i opowiadał historię tych ludzi. Tutaj spoczywa m.in. ciało Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej czy Seweryna Goszczyńskiego. Cmentarz zadziwiał starością i niezwykłym artyzmem, z jakim zostało wykonanych wiele pomników. Niektóre z nich miały rozmiary monumentalnych figur, z tych pomników spoglądały na nas wielkie anioły, piękne kobiety, a nawet sylwetki sportowców, czasem twarze zatopione w płaskorzeźbie. Druga część tego cmentarza, wyodrębniona jako Cmentarz Orląt Lwowskich, robiła całkiem inne wrażenie. Całe rzędy jednakowych, bardzo skromnych białych pomników z krzyżami przypominały o śmierci obrońców Lwowa z 1918 roku. W tych mogiłach spoczęło około 3 tysięcy żołnierzy, z czego 418 stanowili żołnierze-dzieci w wieku od 13 do 16 lat. Opowieść Pana Tadeusza, kiedy staliśmy nad tymi grobami, przywoływała historię.

Na koniec zwiedziliśmy najważniejsze zabytki Lwowa, znajdujące się w centrum miasta. Po drodze spotykaliśmy liczne grupy Polaków, którzy witali nas ciepło i radośnie. We Lwowie zetknęliśmy się z całkiem inną rzeczywistością, inaczej wyglądały ulice miasta, inaczej jeździły samochody i nawet ludzie w tym zgiełku miasta poruszali się inaczej. Może zatem urok Lwowa polega na jego inności, a może jeszcze na sentymentach jego mieszkańców. Zdarzało się bowiem, że spotykaliśmy Lwowian-Polaków, którzy witali nas serdecznie w NASZYM domu, bo w ich pamięci Lwów pozostał polskim miastem.

Mimo wszystko dobrze było wrócić stamtąd do Polany, choć to miejsce w porównaniu do wielkiego Lwowa jest wielką dziurą.

Wróciliśmy późno, ale mimo to, po wspólnej obiadokolacji ci, którzy mieli jeszcze siły, uczestniczyli w mszy świętej. Fakt, że o tak późnej porze w ciemnym kościele zgromadziło się nas tak wielu na modlitwie był jednym z najradośniejszych i najbardziej budujących doświadczeń. Pokazało ono, że nie przyjechaliśmy tutaj tylko po to, by zwiedzać, bawić się i być z rówieśnikami, ale również po to, by być bliżej Boga.

15 lipca 2008 - BIESZCZADZKĄ KOLEJĄ PRZEZ GÓRY, LASY…



Od rana leje, ponuro i zimno za oknem. „Kiedy pada deszcz, dzieci nudzą się…” – tak jest w piosence, ale nie zawsze tak musi być. Nie można się nudzić, kiedy w deszczu podróżuje się bieszczadzką kolejką wąskotorową. Naczekaliśmy się sporo na ten kurs, bo dla 46-osobowej grupy nie tak łatwo znaleźć miejscówki w tak krótkiej kolejce. Warto jednak było czekać dwie godziny, by móc później skorzystać z tej atrakcji. Bawiliśmy się doskonale, wśród rytmicznego stukotu kół rozlegał się nasz radosny śmiech i okrzyki, mogliśmy się poczuć jak małe dzieci, dawno nie słyszałam tak szczerego i głośnego śmiechu z tylu gardeł na raz – a to byliśmy my. Kolejka toczyła się wśród drzew, na wolnej przestrzeni samochody zatrzymywały się, a kierowcy wysiadali z nich, żeby do nas pomachać i porobić nam zdjęcia. Takie chwile zapisuje się w pamięci jako szczęście, bo ono jest tym, czego nie można przegapić. Jeśli się go nie dostrzeże, nie będzie można go odczuć. A to tak, jakby nie istniało. Szczęściem dziś był widok tych szczerze roześmianych twarzy, gór i lasów za oknem, możliwość dzielenia się radością z innymi, a także serdeczność ze strony zupełnie przypadkowych ludzi. Przecież to, czy dzielimy się z innymi, pomnaża się. Tak było dziś z naszą radością. Za nią i nie tylko za to dziękowaliśmy w wieczornej mszy świętej.

16 lipca 2008 - ŚLADAMI DAWNYCH KULTUR REGIONU




Na dziś została zaplanowana wycieczka do Sanoka i Komańczy. Zatem zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w długą drogę. W Sanoku przez dwie godziny przewodnicy oprowadzali nas po skansenie, w którym prezentowana jest kultura polsko-ukraińskiego pogranicza we wschodniej części polskich Karpat (Bieszczady, Beskid Niski) wraz z Podkarpaciem. Poszczególne grupy etnograficzne (Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie i Dolinianie) posiadają oddzielne sektory ekspozycyjne. Mogliśmy zobaczyć, jak wyglądało dawniej ich życie, poznać ich zwyczaje, tradycję, kulturę. Z kolei w Komańczy odwiedziliśmy klasztor sióstr nazaretanek, w którym był internowany prymas Stefan Wyszyński. O. Tomasz odprawił w tutejszej kaplicy mszę świętą, w której wzięliśmy udział. Natomiast jedna z sióstr opowiedziała nam historię pobytu prymasa Wyszyńskiego w Komańczy i przybliżyła nam jego postać.

Wieczór wypełniła nam rywalizacja grupowa. Mogliśmy się wykazać tym, co zapamiętaliśmy z wycieczki do Lwowa, gdyż odbył się konkurs wiedzy o tym mieście. Zdobyliśmy pierwsze punkty w rywalizacji grup.

17 lipca 2008 - W DROGĘ Z NAMI CHODŹ






Dziś powitało nas słońce, więc wreszcie mogliśmy wyruszyć na szlak. Pani Karolina, nasza przewodniczka, poprowadziła nas Połoniną Wetlińską. Trasa była lekka i pełna pięknych widoków. Maszerowaliśmy całą grupą, ciesząc się słońcem i górami. Nawet wtedy, kiedy musieliśmy przechodzić przez błoto, w którym zatapiały się nasze buty, nie traciliśmy humoru. Nie obyło się tutaj bez niegroźnych wypadków i byli tacy, którzy wylądowali w błotnistej kąpieli pośród lasu. Nikomu jednak to specjalnie nie przeszkadzało, niemal każdy był umorusany błotną papką. Trzymając się gałęzi, wśród okrzyków i śmiechu próbowaliśmy omijać najgorsze odcinki drogi, ale to nie zawsze było wykonalne. Na koniec niebo zafundowało nam gwałtowny prysznic – kiedy schodziliśmy już ze szlaku do autokaru, rozpoczęła się straszna ulewa. Na szczęście niebawem dotarliśmy do naszego ośrodka. Siły i dobre samopoczucie wróciły natychmiast po obiadokolacji i kąpieli. Późnym wieczorem spotkaliśmy się na naszej wspólnej mszy świętej. Kolejny dzień minął bardzo szybko i uświadomił, że jest coraz bliżej końca.

18 lipca 2008 - NA STYKU RÓŻNYCH KULTUR





Dziś pojechaliśmy do Przemyśla, w drodze do tego miasta zatrzymaliśmy się w Krasiczynie, by zwiedzić tamtejszy zamek. Ponieważ przewodnik był zajęty inną grupą, jego rolę przejęła Pani Dorota. Za tę przyjemność skasowała 130 złotych od osoby, więc, jak widać, ceni się. Pytanie tylko, kiedy te pieniądze znajdą się na jej koncie, skoro nie zostały wypłacone z góry…
W Przemyślu w związku z tym zrezygnowaliśmy już z usług Pani Doroty, gdyż już nie było nas stać na korzystanie z jej wiedzy, a po katedrach, cerkwi archikatedralnej i Wzgórzu Zamkowym oprowadził nas o. Tomasz, na szczęście gratis. Mimo, że Przemyśl jest polskim miastem, zetknęliśmy się tutaj z różnymi wyznaniami, oprócz rzymskokatolików i grekokatolików są tu prawosławni. O. Tomasz podczas zwiedzania świątyń tłumaczył nam różnice wyznaniowe. Otrzymaliśmy czas wolny na zebranie wiadomości o zabytkach, które poznaliśmy, w celu przygotowania turnieju wiedzy o tym mieście. Był to kolejny etap rywalizacji grupowej. Zdobyte informacje wykorzystaliśmy podczas zajęć wieczornych. Przemyśl był ostatnim miastem, jakie zwiedziliśmy. Przypomina nam to o nieuchronnym zbliżaniu się do końca naszego wyjazdu, i choć może niektórzy tęsknią trochę do domu i kolegów z podwórka, to jednak trochę smutno na myśl o wyjeździe i o tym, co tu zostawiamy. Mamy nadzieję, że wiele zabierzemy ze sobą.


19.07.2008 - NA WESOŁO








To był chyba najbardziej emocjonujący dzień naszego obozu. Pozostaliśmy w Polanie, ale cały dzień był wypełniony zajęciami w ramach rywalizacji grup. Wszystkie prace przyniosły nam wiele radości i śmiechu. Na początek każdy indywidualnie przygotowywał pocztówkę z Bieszczad, efekty zaskoczyły nie tylko wychowawców, powstały naprawdę piękne prace. Kolejne prace plastyczne wykonaliśmy wspólnie. Malowaliśmy farbami zabytki, miejsca, które mieliśmy okazję zobaczyć podczas tego wyjazdu, a następnie cięliśmy nasze prace na puzzle, by inne grupy musiały je ułożyć na czas. Ta praca pokazała nam, że potrafimy ze sobą współpracować i dzielić się z innymi naszym talentem i umiejętnościami. Po mszy świętej i obiedzie udaliśmy się na boisko sportowe, gdzie odbyła się najciekawsza i najzabawniejsza rywalizacja. Pani Szyszka przygotowała dla nas zajęcia sportowe, w których wszyscy wzięliśmy udział i każdy bawił się doskonale, mimo błota i kałuż na boisku. Nawet tych, którym udało się wylądować w kałuży podczas kopania piłki, nie opuścił dobry nastrój i chęć rywalizacji. Po grach zespołowych Pani Szyszka zarządziła wyścigi rzędów, w których naszym zadaniem było wspólne picie kisielu przez rurkę na czas przez całą grupę jednocześnie. Bawiliśmy się przy tym doskonale. Następnie musieliśmy wyławiać czereśnie z miski bez pomocy rąk, więc oprócz śmiechu i dopingu można było usłyszeć parskanie i plucie, bo wielu opiło się tu wodą, ale to przecież na zdrowie. Ścigaliśmy się też na gazetach, wykonując przy tym czasem przedziwne akrobacje. Zabawy sportowe były doskonałym sposobem na integrację i przełamanie własnych oporów. Zaangażowanie i współpraca podczas każdej konkurencji były doskonałym dowodem na łączące nas więzi i na to, że potrafimy się razem dobrze bawić. To był świetny dzień. Mimo wysiłku włożonego w sportową rywalizację mieliśmy jeszcze wiele energii na dyskotekę. Od pierwszego nagrania tańczyliśmy razem, nie było podpierania ścian, chowania się, wstydu przed innymi.
TO BYŁ WSPANIAŁY DZIEŃ!!!!!!!!! Trzeba zbierać siły na następny.

20 lipca 2008 - JAK DOBRZE NAM ZDOBYWAĆ GÓRY…

Dziś wspinaliśmy się na Tarnicę. Wychowawcy mówią, że jesteśmy świetni, bo nie marudzimy, ale szczerze mówiąc wielu z nas wcale nie chciało się wyruszać rano z ośrodka, by wspinać się w wietrze po skałach. No ale oczywiście głośno nikt nie marudził, zresztą to zdaje się i tak w niczym by nie pomogło. Zatem spakowaliśmy plecaki, zrobiliśmy kanapki i wyruszyliśmy na szlak. Bywało ciężko, do tego szlak rozmókł po deszczu, więc albo szliśmy w błocie, albo wspinaliśmy się po skalistych schodach, co było raczej wyczerpujące. Jednak piękno otaczającego krajobrazu, chmury zahaczające o szczyty, wspólna wędrówka, rozmowy i radość, kiedy w strasznym wietrze dotarliśmy na szczyt – wszystko to sprawiło, że warto było podjąć ten trud. Chyba taki jest sens wędrowania – przezwyciężanie własnych słabości, podejmowanie wysiłku, a potem radość z osiągnięcia celu.



Prawdziwa radość płynie bowiem z tego, w co musimy włożyć jakiś wysiłek. Wieczorem integrowaliśmy się przy wspólnym śpiewie, gdyż wychowawcy przygotowali dla nas karaoke. Zabawa była świetna. Nawet pani Karolina, nasza przewodniczka, wstąpiła do nas, by się dołączyć.

21 lipca 2008 - JUŻ PRAWIE KONIEC…

Dziś ostatni raz zasypiamy w ośrodku. Smutna myśl, najbardziej sobie to uświadomiliśmy podczas wieczornej modlitwy. Dotarło do nas, że to, co wydarzyło się tu między nami, ma wielką wartość i że przeżyliśmy nie tylko wspaniałą przygodę, ale też nauczyliśmy się od siebie czegoś, doświadczyliśmy przyjaźni, bliskości Boga, uczyliśmy się współpracy, wzajemnie pomagaliśmy sobie, śmialiśmy się, a czasem płakaliśmy. Ojciec Tomasz powiedział, że bycie razem nie jest łatwe, stykają się ze sobą różne osobowości i z tego mogą rodzić się konflikty, więc należy uczyć się rozmowy. Może zatem ten wyjazd był też ważnym krokiem na drodze do naszej dojrzałości, uczyliśmy się, jak dostrzegać dobro w drugim człowieku i akceptować to, co nas denerwuje i czego nie potrafimy zrozumieć. To chyba najcenniejsza lekcja, jaką stąd wyniesiemy. Zwiedzając miasta, poznaliśmy historię, rozwijaliśmy naszą wiedzę przyrodniczą, podziwialiśmy piękno natury, ale najważniejsze, że w tym wszystkim byliśmy razem i cieszyliśmy się swoją obecnością. Dlatego tak trudno stąd wyjeżdżać.

Wieczorem spotkaliśmy się przy wspólnym ognisku, a potem po raz ostatni w tym gronie bawiliśmy się na dyskotece. Jutro ruszamy w drogę.

22 lipca 2008 - DO WIDZENIA, PRZYJACIELE…

Dziś od rana pakowanie, gonitwa, sprzątanie. W tym całym zabieganiu trudno było pomyśleć o rozstaniu. Dopiero na mszy świętej w niejednym oku łza się zakręciła, zwłaszcza, kiedy podczas pojednania przekazywaliśmy sobie znak pokoju, a potem Pani Doda na koniec śpiewała „Do widzenia, przyjaciele”. Każde rozstanie jest smutne, kiedy coś zostawiamy, mamy poczucie straty, ale musimy pamiętać również o tym, że w momencie, kiedy coś się kończy, zaczyna się coś nowego. To, jak wiele będziemy czerpać z naszych doświadczeń zależy od nas. Obyśmy zabrali ze sobą z Polany jak najwięcej dobrych doświadczeń i by nie były one tylko wspomnieniem, ale czymś wciąż żywym w nas samych. Przed nami jeszcze 16 godzin wspólnej podróży do domu.

23 lipca 2008 - JUŻ W DOMU

16 godzin podróży minęło bardzo szybko. Przeżyliśmy i stwierdzamy, że uwielbiamy podróże pociągiem. Na peronie w Gdyni wpadliśmy w uściski naszych rodziców. Było wspaniale!